Biblia · religia · wiara

010. Wieża Babel oraz poglądy Jezusa na małżeństwo i przysięganie.

Rdz 10,1 – 11,9

Rozdział dziesiąty Księgi Rodzaju opowiada o potomkach synów Noego, od których rzekomo wzięły się narody, które rozproszyły się na Ziemi po potopie. Nie mam tu wiele do komentowania, oprócz tego, że autorom Pisma się zdawało, że jeden mężczyzna z małżonką może dać początek całym narodom (podziwiam zdolności rozpłodowe niemal identycznego kodu genetycznego). I proszę, nie tłumaczcie mi, że to tylko symbol, że wiadomo że musieli być inni ludzie, bo akurat to wiem, że musieli być, tyle że Biblia nic na ten temat nie wspomina, zdaje się że była mocno przywiązana do wersji o wspólnym przodku ludzkości. Nie zwróciło niczyjej uwagi podobieństwo do małpy i nic dziwnego, toż nawet dzieło życia Darwina „O powstawaniu gatunków” trafiając do księgarń w 1859 roku wzbudziło gniew i protesty niedouczonych obywateli, jak mogłaby taka myśl dopaść pustynnych pasterzy kóz sprzed kilku tysięcy lat?! Autorzy pozostawali w przekonaniu, że przodkiem wszystkich mocarzy musiał być jeden mocarz, przodkiem rozpustników musiał być rozpustnik, a przodkiem bogobojnych, bogobojny. Dziś nazwalibyśmy to prostacką próbą piętnowania całych rodzin, ale przecież prostactwa tropiącego rodzinne koligacje w celu przypisania osobom współczesnym czynów charakterystycznych dla przodków nie brakuje po dziś dzień, zwłaszcza wśród konserwatystów.

Gintrowski, Kaczmarski, Łapiński – Wieża Babel.

Rozdział jedenasty, to słynna legenda wieży Babel. Zanim do niej przejdę, nawiąże do przypisu w moim egzemplarzu Biblii: „Wyrażenie CAŁA ZIEMIA odnosi się do jednego terytorium, na którym ludzie mówili jednym językiem”. Moi drodzy, jednego słowa tam nie ma sugerującego taką interpretację. Po prostu autorzy Pisma trzymając się wersji o wspólnym pochodzeniu, nie mogli potomków Noego obdarzyć różnymi językami (skąd niby w rodzinie takie jajca). Jednak pojawił się problem, jak w takim razie wytłumaczyć różnorodność językową Świata. Stąd i cała historia o Jahwe, który przestraszył się ludzkich możliwości okazanych podczas wspólnej budowy wieży Babel i postanowił im trochę przeszkodzić odbierając im rdzenną mowę i dając w zamian różne języki. Oprócz dramatycznego braku wiedzy autorów tego rozdziału, historia ta obnaża jeszcze coś na ich temat: patologiczną podejrzliwość, zabobonny lęk przed ludźmi z wiedzą i silnymi więzami społecznymi pozwalającymi na dobrą organizację pracy. Cechy tak pożądane dla rozwoju całego społeczeństwa, przez ludzi starożytnych budziły lęk, bo oznaczały siłę, a ich mózgi nie były w stanie wyobrazić sobie innego wykorzystania siły, jak w celu niszczycielskim. Samego Boga czynili największym niszczycielem, bo z tym się biedakom kojarzyła potęga. Przypisywali też mu swoje lęki, wszak przestraszyć się miał tego, że nic dla tych zgodnie pracujących ludzi nie będzie niemożliwe.

Mt 5, 31-37

W opowieści o zawartości Nowego Testamentu dochodzimy do poglądów Jezusa na małżeństwo i przysięgi, które mogą mocno zdziwić współczesnych. W sprawie rozwodów bowiem Jezus uważał, że poza przypadkiem rozpusty, każdy rozwodnik sprawia, że żona dopuszcza się cudzołóstwa, a kto się żeni z rozwiedzioną, sam się tego cudzołóstwa dopuszcza. Pomijając fakt, że coraz więcej chrześcijan ma gdzieś nierozerwalność małżeństwa, to jezusowa logika jest pokrętna. Niby dlaczego rozwodząc się z żoną sprawiam, że ona dopuszcza się cudzołóstwa. Tu nie ma ciągu przyczynowo skutkowego, jest co najmniej kilka innych możliwości, jak celibat, bądź śmierć (w czasach Jezusa, pozostawienie kobiety mogło bezpośrednio przyczynić się do jej śmierci, przez utratę możliwości zdobywania środków do życia).

Przemysław Gintrowski/ Zbigniew Herbert – Kołatka.

Sprawa przysięgi jest jeszcze ciekawsza. Otóż Jezus w „Kazaniu na górze” wyraźnie nie pochwala przysiąg, wręcz ich zabrania. Tu należy się małe wyjaśnienie, zabrania przysięgania na niebo, ziemię, na swoją głowę, czyli boskie twory. Domaga się mowy tak-tak, nie-nie, innymi słowy nie pochwala ludzi robiących z gęby cholewę, a podpieranie się boskim dziełem podczas przysięgi odpada w ogóle, bo jest to przysięganie na coś, czym przysięgający nie dysponuje. Tak tylko przypominam wszystkim przysięgającym na biblię, swoją duszę, czy inne tam „tak mi dopomóż Bóg”. Podejmujesz się czegoś, czy nie? Proste jak drut: tak lub nie!!!

Bielizna – Wyjdź za mnie.

Możecie też śmiało przypomnieć swoim kaznodziejom, że Jezus nie miał nic przeciwko rozwodowi w przypadku rozpusty. Oczywiście głosił to z właściwą swym rodakom z początku naszej ery obrzydliwą mizoginią, traktując kobietę przedmiotowo do granic możliwości. Zdanie kobiety się nie liczyło, to mężczyzna się rozwodził albo nie, i żeby było śmieszniej, automatycznie czynił ją w ten sposób cudzołożnicą. Łebski koleś, nie? Co byście o mnie, drogie chrześcijanki powiedziały, gdybym wam odbierał prawa do decydowania o sobie tak, jak to robił Jezus? To oczywiście tylko wersja Mateusza „Kazania na górze”, nie wiem czy później Jezus zmieniał zdanie, ale dojdziemy do tego.

Biblia · religia · wiara

001. Stworzenie Świata oraz rodowód i narodziny Jezusa.

Biblia, Pismo Święte, Słowo Boże…, czy pod jakimi jeszcze ją znacie nazwami, jest niewątpliwie jednym z największych bestsellerów wszech czasów, o tyle niespodziewanym, że czytanym przez nielicznych tylko nabywców. Postaram się Wam przystępnie przybliżyć jej treść, a tak się wszystko zaczyna:

Rdz 1; 2, 1-3

Jak zapewne wszyscy wiemy, pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju poświęcone są stworzeniu Świata. Bardzo ciekawa materia, zważywszy na absolutnie niewyobrażalną dla przeciętnego zjadacza chleba wiedzę, jaka jest potrzebna, by snuć w tym temacie domysły, więc na chłopski rozum, chcąc dowieść rozmijaniu się Biblii z faktami, tam należałoby szukać jakiejś obsuwy. Do dzieła:

Rozdział 1 opowiada kolejność stworzenia w pierwszych 6 dniach. Nie będę się tego czepiał, gdyż większość kościołów opierających się na Biblii uznała niemożliwość dosłowności (dotrzymanie jednodniowych terminów stwarzania), więc i my potraktujmy te dni, jako symboliczną kolejność, bez wnikania w czas trwania.

Dzień pierwszy:

Stworzone zostały niebo i Ziemia, przy czym Ziemia jest pustkowiem z ciemnością zalegającą głębię wód. Aaaa…, byłbym przeoczył…, jeszcze tchnienie boże się nad wodami unosiło! Wtedy to ponoć Bóg postanowił, by powstało światło i oddzielił je od ciemności.

Ciekawostką jest pojęcie nieba, bo jak wiemy, coś takiego nie istnieje, choć zwykłym obserwatorom na Ziemi wydaje się, że mają nad sobą jakieś sklepienie niebieskie, jest ono w rzeczywistości obrazem odbitym i załamanym w atmosferze. Światło bez nieistniejącego jeszcze Słońca i gwiazd, to niezła ciekawostka, którą gorliwi wyznawcy próbują bagatelizować twierdząc, że chodziło o metaforę oddzielenia dobra od zła (światło – dobro, ciemność – zło). Tylko czemu, na Jowisza, Biblia twierdzi, że Bóg nazwał światło dniem, a ciemność nocą i tak nastał wieczór i poranek? I dlaczego w dalszej części rozdziału, z uporem godnym dobrej sprawy światło będzie używane w znaczeniu światła, a nie prawdy (przy opisie powstania Słońca i Księżyca – zakładam, że naszego, stąd wielkie litery, jako nazwy własne konkretnych ciał niebieskich).

Dzień drugi:

Nie wiem, czy to słabe tłumaczenie, ale drugiego dnia Bóg podobno stworzył znowu niebo, które jak pamiętamy, stworzył już pierwszego dnia. Miał rzec „niech powstanie sklepienie pośród wód (…), które nazwał niebem. Dalej jest jeszcze lepiej, bo według Pisma, nad niebem były jakieś wody i pod niebem jakieś inne. Ja rozumiem, że dziecku zdaje się, że deszcz pada nie wiadomo skąd, ale żeby nieomylne Słowo takiego babola strzeliło jeszcze zanim na dobre się rozkręciło ze swą opowieścią??? Pamiętamy oczywiście, że nadal nie było gwiazd, więc i naszego Słońca, a biblijny wszechświat składał się z wodnistej Ziemi, nieba i wody nad niebem, którego jak dziś wiemy nie ma, lecz miało mieć ono moc podtrzymania jakiejś wody sponad niego.

Dzień trzeci:

Bóg kazał wodzie zebrać się w jedno miejsce, żeby odsłoniła ląd, nazywając go ziemią (znowu to tłumaczenie), wodę nazywając morzem. U mnie zazwyczaj woda sama spływa grawitacyjnie w najniższą dostępną dla niej nieckę, nawet nie muszę jej niczego nakazywać, ale widocznie wtedy były to jakieś wielkie mecyje. A potem kazał Bóg okryć się ziemi zielenią: ziołami, drzewami, zaopatrzył to wszystko w możliwość wydawania owoców i nasion, zapominając jedynie, że rośliny zielone do rozwoju potrzebują światła (i to nie metaforycznego, a prawdziwego). Autorzy Biblii co prawda nie wspominają, by coś mu z tych owoców nie chciało wyjść, ale czy ja wypominam wpadki swojemu szefowi?

Dzień czwarty:

I widzicie…. Po co ja się tak gorączkowałem. Są! Bóg stworzył dwa światła, większe i mniejsze, większe do przyświecania w dzień, a mniejsze w nocy oraz w secie bonusowym gwiazdy. Umieścił je gdzie…? Na niebie, czy też jego sklepieniu oczywiście, czyli na czymś, czego tak naprawdę nie ma. Nic n.p. o zwierciadle odbijającym promienie słoneczne. Nocne światło (zakładam że chodzi o Księżyc) według Pisma jest światłem, a nie jego odbiciem.

Dzień piąty:

Bóg stworzył istoty pływające i latające. Biblijna systematyka jest dość kulawa, ale żeby ptaki powstały wtedy co ryby i reszta morskiej fauny? Toż pomiędzy nimi według współczesnej wiedzy miały być płazy i gady. Ktoś tu się myli. Oczywiście możemy ratować sytuację mówiąc, że to metafora, tylko że metafora czego? Pomyłki?!

Dzień szósty:

Bóg stworzył zwierzęta domowe, zwierzęta dzikie i płazy (co do cholery z gadami?), jakby zupełnie nie wiedział, że żeby zwierzę było domowe, należy je udomowić. Chyba, że to ja mam złe informacje. Zakładam, że pod pojęciem „zwierzęta”, autor miał na myśli ssaki, ale sam już nie wiem.

Jest! Stworzony został również tego dnia człowiek na obraz Boga, mężczyzna i kobieta (nie wiem w końcu, czy Stwórca jest zatem mężczyzną, czy kobietą, bo nie widzę tego detalu obrazu, który by mi to wyjaśnił). Za to ludzie dostają płodność, nakaz rozmnażania, lecz nie wiem skąd się biorą niepłodni, inne orientacje seksualne, etc… Aaaa… i człowiek dostaje podobno od Pana władzę nad wszelkim stworzeniem. Ciekawe co na to koronawirus, krętek blady, czy laseczka tężca, nie mówiąc o większych a nieposłusznych formach życia, jak piranie, czy mój dobroduszny kot, który choć jest osobowością wyjątkowo łatwą we współistnieniu, to wszelkie polecenia ma w okolicy podogonia. Niewolnicy nie marzą o wolności, lecz o posiadaniu własnych niewolników!

Dzień siódmy:

Bóg odpoczął wreszcie po swym dziele. Właściwie tutaj do niczego nie mogę się przyczepić z wyjątkiem istnienia Boga.

*

Mt 1;

Ewangelia zaś (począwszy od tej św. Mateusza) zaczyna się w sposób nieco mniej emocjonujący, chyba że kogoś pociąga lektura książki telefonicznej. To rodowód Jezusa. Skrócę go do informacji, że jest (i nie jest) on potomkiem tak Abrahama, jak i Dawida, bo co ciekawe, Mateusz nazywa Jezusa potomkiem Dawida potomka Abrahama, choć ich potomkiem był Józef, który przecież nie był biologicznym ojcem Jezusa. Innymi słowy, rodowód jest podany od Abrahama do Józefa, a potem podłącza się pod niego Jezusa, choć synem Józefa nie był.

Ciekawiej zaczyna się robić od wersetu 18, gdzie Mateusz tłumaczy zawiłości przyjścia na świat Jezusa zwanego Mesjaszem. Po poślubieniu Józefa, Maria zaszła w ciążę, ale nie za sprawą Józefa, lecz niejakiego Ducha Świętego, co jak się domyślacie, mogło zdeprymować każdego poczciwca. W wypadku Józefa, ten miał myśl, by czmychnąć cichaczem od Maryi (ewentualnie cichaczem ją odprawić w siną dal – Pismo tego nie rozstrzyga – co zważywszy na okolice Nazaretu, oznaczałoby wycieczkę krajoznawczą kobiety ciężarnej po górzystej pustyni). Ale tu nastąpił zwrot akcji, gdyż niejaki Pański, z zawodu anioł, zaczął Józefowi nawijać na uszy makaron, znaczy się sprzedał mu historię o poczęciu panny przez Ducha Świętego, zasugerował (dokładna metoda perswazji nie jest mi znana), by nie oddalać Maryi, gdyż syn jej Jezus uwolni lud swój od grzechów. Żyję już ładny kawałek czasu i ludu wolnego od grzechu nie spotkałem, być może tamten uwolniony już dawno wymarł, bądź nie chodzi tędy co ja. Faktem jest, że Maryję ominęła zwyczajowa w tamtej kulturze zapłata za ciążę z nieznajomym, co uznać należy za szczęśliwą okoliczność, gdyż ani śmierć z wycieńczenia w górach, ani popularne kamieniowanie do szczególnie pożądanych form opuszczenia tego padołu nie należą.

Pomijając mój sceptyczny stosunek do niepokalanych poczęć z początku ery nowożytnej, zastanawia mnie ta rozbieżność z jednego tylko rozdziału tekstu Ewangelii. Najpierw wyprowadzić rodowód Jezusa od Abrahama, przez Dawida, aż do Józefa – męża Maryi, matki Jezusa, a potem napisać, że mąż ów jednak niewiele miał wspólnego z ojcostwem, bo go szybki Lopez Duch Święty uprzedził, skąd więc pokrewieństwo Jezusa z Dawidem i Abrahamem?! Co przeoczyłem??? Tak czy inaczej, zważywszy na ówczesne normy społeczne, Józef okazał się być całkiem sympatycznym gościem, mimo że Ewangelia Mateusza zaznacza, iż nie żył z Marią do momentu narodzin jej syna, który miał być Mesjaszem. Początek był jałowy, ale teraz akcja szybko się rozkręca.